JESTEŚMY POLSKO - FRANCUSKĄ RODZINĄ, MIESZKAJĄCĄ W PRZEPIĘKNYM PARKU NATURALNYM VEXIN, KILKADZIESIĄT KILOMETRÓW OD PARYŻA. NA NASZYM BLOGU DZIELIMY SIĘ Z WAMI NASZĄ PASJĄ DO KUCHNI FRANCUSKIEJ I DO KRAJU, W KTÓRYM ŻYJEMY.


NOUS SOMMES UNE FAMILLE FRANCO - POLONAISE qui habite dans le magnifique parc naturel du vexin,A quelques kilometres de paris. SUR NOTRE blog nous partageons notre passion pour la cuisine française et pour le pays où nous vivons tous les jours. 


WE ARE A FRENCH - POLISH FAMILY OF FOUR, BASED IN BEAUTIFUL NATURAL PARC OF VEXIN, FEW MILES FROM PARIS. WE MAINLY WRITE ABOUT our passion for FRENCH CUISINE AND THE COUNTRY WE LIVE IN.

Nawiedzony Dom

Nawiedzony Dom

Wszystko zaczęło się pewnego jesiennego poranka, kiedy wychodząc z piekarni, jak zwykle zajrzałam do pobliskiej brocante, do której nie jest mi zbyt po drodze ale której nieustannie nie mogę się oprzeć. Jest to miejsce niesamowite, w którym przez wystawione przedmioty, przewijają się losy wielu pokoleń. Drewniane półki, sięgające sufitu, uginają się pod ciężarem starych lnianych serwet, z ręcznie haftowanymi inicjałami. Na zardzewiałych metalowych wieszakach smutno zwisają koronkowe, pożółkłe suknie ślubne, które dzisiaj nadawałyby się już tylko do spektaklu o francuskiej wsi z początków XIX wieku. Drewniane i marmurowe stoliki, o rożnych kształtach i wielkościach wypełnione są dawno nie czyszczonymi kompletami srebrnych sztućców, przezroczystą porcelaną z Sevres i wszelkiej maści bibelotami, począwszy od rzeźbionej w kości słoniowej obrączce służącej eleganckiemu podtrzymywaniu cygaretki, przez rzeźbione w brązie popiersie Marii Antoniny po kryształową szachownicę z epoki Art Deco.

Za każdym razem kiedy tam wchodzę, przepadam na kilkanaście minut, pomimo tego, że każdy zakurzony kąt tego miejsca znam właściwie na pamięć. Czasami uda mi się zamienić kilka słów z siedzącą, w wielkim fotelu obitym płótnem z Jouy, włascicielką tej antykowej jaskini. Z reguły jest ona jednak pogrążona w głębokim śnie i za każdym razem, kiedy mam ją obudzić, żeby zapytać o cenę jednego z interesujących mnie przedmiotów, żal mi że zerwie delikatne pajęczyny, które małe pająki zdążyły utkać pomiędzy nią a fotelem, w którym zasiadła zapewne kilkanaście lat temu i nigdy z niego nie wstała. Wiele razy zastanawiałam się, jak to jest w dzisiejszych czasach możliwe, że podobne miejsca istnieją? 

No ale wróćmy do bibelotów. Rzeczonego jesiennego poranka uwagę moją przykuły dwa małe kadry do zdjęć, stojące na wystawie. Portrety małych dzieci, które zawierały, dawno już pożółkły ale same kadry były zbyt piękne, żebym mogła przejść obok nich obojętnie. Obudzona właścicielka brocante podała mi za nie taką cenę, że na początku pomyslałam, że przemawia przez nią poranny letarg. Widząc moje zdziwienie wyjaśniła mi szeptem, że taką cenę wytargowała u samego Diabła a w jej oczach zapaliły się małe ogniki. Obróciłam jedną z ramek, żeby zobaczyć czy na drugiej stronie zdjęcia nie została zapisana jakaś informacja o jego pochodzeniu lub o tym, kogo to zdjęcie przedstawia. I nogi się pode mną ugięły. "2 rue de Fraîches Femmes" - adres ten został napisany starannym, kaligraficznym pismem, lekko już wyblakłym. 

Doskonale znałam ten adres. Ba! Chyba nie było w miasteczku kogoś, kto owego miejsca nie znał. Znajduje się tam bowiem stary dom, który uchodzi za nawiedzony. Wiele razy przechodziłam obok niego, idąc na spacer z chłopcami. Przez zakurzone szyby niewiele można było zobaczyc. Czasami tylko promień słońca oświetlał kontury tajemniczych, nieruchomych kształtów ale nigdy nie udało mi się dostrzec jakichkolwiek oznak ludzkiej obecności. Ale kiedy wieczorową porą  szłam do piekarni po baguette, ze zdumieniem przyglądałam się wątłej strudze światła, która wydobywała się z jednego z pokoi ma piętrze. Jakakolwiek forma życia, która zamieszkiwała zatem ten osobliwy dom, niezbyt garnęła się do ludzi. 

Ale nie tylko dom pozostawał dla nas zagadką. Wraz z Sachą często szukaliśmy wejścia do przylegającego do niego dzikiego, opuszczonego ogrodu, który prześwitywał przez dziurawe ogrodzenie. Żadne z prowadzących do niego pięciu drzwi nie dawało się otworzyć a ogromna główna wejściowa brama zamknięta była na porośnięty mchem łańcuch, wskazujący na to, że goście nie są zbyt miłe widziani. 

Najstarsze dziecko moje należy jednak do upartych i oto na początku tego tygodnia, kiedy po raz kolejny zapuściliśmy się w te zakazane tereny, z radością odkrył wyrwę w betonowym murze, przez którą oczywiscie musieliśmy przejść. Sacha po to, żeby nareszcie zobaczyć co się za nim kryje a ja i Aiden po Sachę. Chwilę zajęło nam przyzwyczajenie się do panującego w tym ogromnym parku półmroku. Jesienne słońce prześwitywało nieśmiało przez liście rozłożystych platanów. Do jednego z nich przywieszona była huśtawka. Zwykła deska, zawieszona na dwóch jasnych linach. Deska była całkiem nowa, co pozwalało nam myśleć, że nie jesteśmy jedynymi odkrywcami tego tajemniczego lądu. Kiedy Sachy znudziło bujanie się "do nieba" postanowiliśmy zobaczyć co kryje się za starymi żeliwnymi drzwiami, które z ogrodu prowadziły do Nawiedzonego Domu. Ku mojemu zdumieniu, ta część elewacji była zadbana a okna umyte. Jedno z nich, otwarte na oścież, wpuszczało świeże powietrze do pomieszczenia, które całe wypełnione było klatkami dla ptaków. A w klatkach tych papugi o upierzeniu we wszystkich kolorach tęczy głośno dawały znać o naszym przybyciu. "Would you like some tea?" - usłyszałam nagle cichy głos, dochodzący z głębi pomieszczenia

Zdziwiony Sacha szybko wspiął się na parapet i podekscytowany zawołał "Mamo, mamo, tutaj ktoś mieszka!" Nieśmiało zaglądnęłam do środka i oczom moim ukazał się widok jak z bajki. Na środku małego pokoiku, wypełnionym od podłogi do sufitu książkami i klatkami z ptakami, w bujanym fotelu, siedziała sobie przeurocza starsza pani. "Nie bój się, nie jestem duchem " - powiedziała. Uśmiechnęłam się szeroko. "Ludzie mówią, że tu straszy. I że Pani jest duchem" - bezpardonowo oznajmił mój syn. "Czy wyglądam na zjawę?" - zapytała starsza Pani. "Nie. Czy mogę wziąć ciastko?" - dziecko moje wcale nie przejęło się tym niekonwencjonalnym spotkaniem. Widok ciastek zawsze przełamuje w nim chorowitą nieśmiałość. "Możesz. I mów do mnie Mary" - roześmiała się staruszka. Sacha wziął ciastko w jedną rękę, drugą chwycił swojego brata i zniknęli w ogrodzie. Mary podniosła się z fotela i poprosiła, żebyśmy przeniosły się do ogrodu. Widać było, że obecność dzieci, ich śmiechy i radość bycia sprawiają jej przyjemność. Usiadłyśmy na drewnianych krzesłach a ona opowiedziała mi o swojej samotności, która powoli, przez lata, utkała legendy o nawiedzonym domu. Była wdową. Jej dzieci i wnuki rozjechały się po świecie a jej do szczęścia wystarczał ogród i dom, w którym jej rodzina przeżyła kiedyś piękne chwile. Żyła w dwóch światach - w przeszłości i w napawającej ją strachem teraźniejszości. To, że ludzie stronili od jej domu było jej na rękę. Mogła spędzać ostatnie lata życia pogrążona w albumach z fotografiami, rozmawiać z papugami i oglądać przepiękne zachody słońca nad Sekwaną, która wieńczyła jeden z ogrodowych brzegów. Kiedy sączyłyśmy herbatę z mlekiem w porcelanowych filiżankach, przeprosiłam ją za nasze wtargnięcie i opowiedziałam historię o ramkach do zdjęć. Uśmiechnęła się ciepło. "Widziałam Cię z chłopcami już kilka razy, jak próbowaliście dostać się do ogrodu. Oni przypominają mi moich synów. Wiedziałam, że kiedyś przeskoczycie ten mur i dlatego kazałam naprawić huśtawkę. Wracajcie tutaj kiedy chcecie. Nawet kiedy okna będą zamknięte." - powiedziała, kładąc swoją pomarszczoną rękę na mojej.

   Zapadał już zmierzch, kiedy zmarznięci chłopcy zaczęli domagać się powrotu do domu. Pożegnaliśmy się z Mary, obiecując wkrótce ją odwiedzić.

   "Fajna ta Mary" - stwierdził Sacha, pałaszując trzeci z kolei crêpe ze słonym karmelem, które przygotowałam na goûter. To ostatnio ulubiona słodkość panów FLR. Nie ma tygodnia, żeby nie pojawiły się w naszym menu. Przepis na karmel ze słonym masłem dostałam od mojego męża jako prezent gwiazdkowy. Tak, należę do tego wymierającego już gatunku, który zamiast naszyjnika z pereł woli dostawać takie kulinarne perełki. Babcia po mieczu mojego męża była doskonałą kucharką i całe życie spędziła w swojej rodzinnej Bretanii. Przepis na karmel pochodzi od niej, więc zapewniam Was, że to TEN JEDEN JEDYNY. Bretońska legenda głosi, że gotowy karmel można przechowywać w lodowce przez tydzień. Nigdy nie widziałam w naszej lodowce słonego karmelu, który zostałby tam przez tydzień.

   Jeżeli ktokolwiek z Was ogranicza spożycie tłuszczów i cukru i zamierzałby wykonać lekką wersję tego karmelu, zamieniając tłustą śmietanę na jej mniej kaloryczny odpowiednik, masło na roślinną margarynę a cukier na... właściwie, nie mam pojęcia czym można zastąpić cukier, tak, żeby powstał karmel... to zupełnie świadomie oznajmiam, że nie ma to jakiegokolwiek sensu gdyż tylko w oryginalnej wersji ma on ten pełny, intensywny smak, wędrujący po podniebieniu na długo po oblizaniu ust po ostatnim naleśniku. Wiem, bo kiedy stawiam przed Mr FLR talerz dymiących placków, polanych tym płynnym złotem, zawsze mam prawo do tego spojrzenia pełnego miłości i uwielbienia, mówiącego "poślubiłbym Cię jeszcze raz, gdybym mógł ».

   Francuskie naleśniki to niezłe kulinarne wyzwanie. Te wytrawne, robione z ciasta na bazie gryczanej mąki zwą się "galettes" i dużo wina jeszcze upłynie w moim kryształowym kieliszku, zanim uda mi się choć otrzeć o bretoński oryginał. Na szczęście wersję słodką mogę robić wybudzona z głębokiego snu o trzeciej nad ranem i zawsze są tak samo sublimes. Przez lata stosowałam przepis babci Erwana, dodając do niego odrobinę świeżej startej skórki cytrynowej ale od kiedy moja Toskańska Ciocia Gosia obdarowała mnie przepisem na sproszkowaną, suszoną skórkę z cytrusów, tylko ona jest w stanie zadowolić wysublimowane podniebienie rodziny FLR. Istnieje też inna Bretońska legenda o tym, że ciasto na crêpes powinno się "docierać" przez co najmniej dwie godziny po jego zrobieniu. Nigdy nie udało mi się dowiedzieć dlaczego, jako że za każdym razem, kiedy tylko przymierzam się do odstawienia ciasta do lodówki, żeby sobie poleżakowało, napotykam smutne twarze i wilgotne oczy moich mężczyzn, które jasno i wyraźnie dają mi do zrozumienia, że tylko natychmiastowe spożycie kilku złotych placków uchroni je przed głodową śmiercią. I kiedy po kuchni rozpływa się cudowny pomarańczowy arôme, dociera do mnie, że oto zaspokajam witalne potrzeby mojej rodziny i gratuluję sobie po cichu jaką to jestem doskonałą matką i żoną.

   A tak między nami, to zaczynam poważnie wątpić w te francuskie legendy i opowiadania o duchach

Crêpes au caramel au beurre salé

20 sztuk

 

Ciasto podstawowe:

375 g mąki pszennej

1 litr mleka

4 jajka

2 żółtka

szczypta soli

50 g cukru kryształ

50 g stopionego masła (plus dodatkowo do smażenia)

czubata łyżeczka sproszkowanej suchej skórki pomarańczowej  lub starta skórka z jednej pomarańczy 

Slony karmel

100 g cukru kryształ

200 ml tłustej śmietanki kremówki 

30 g słonego masła 

    Ciasto: mleko, jajka, żółtka i sól wlać do miski blendera i miksować  przez 30 sekund. Dodać pozostałe składniki i miksować całość na jednolitą, jedwabistą masę. Jeżeli macie czas, zastosujcie, wyżej wspomnianą, Bretońską legendę numer dwa i dajcie mi znać  jaka jest różnica. Na rozgrzanej metalowej patelni (ta z nieprzywierającą powłoką nie nadaje się do smażenia francuskich naleśników, nigdy nie będą tak chrupiące i delikatne jednocześnie. Babcia mojego męża nigdy nie miała nowoczesnej patelni a jej naleśniki uznawane są w pewnych kręgach za najlepsze) roztopić odrobinę masła tak, żeby pokryło cienką warstwą całą patelnię. Ja smażę naleśniki na dość wysokiej temperaturze, wtedy ciasto nie przywiera do patelni. Francuskie naleśniki są  bardzo cienkie. Wystarczy połowa chochli do zupy na jeden placek. Usmażyć naleśnik na złoty kolor i przewrócić na drugą stronę. Zawinąć w rulonik, trójkącik lub, jak lubi Sacha - w romba (?!). 

    Słony karmel: cukier równo rozsypać na zimnej patelni i wolno stopić NIE MIESZAJĄC, bez dodatku wody, na ciemnobrązowy kolor. Śmietanę podgrzać (ale nie gotować) w osobnym garnku. Zestawić  stopiony cukier z kuchenki i dodać gorącą śmietanę. Natychmiast wymieszać. Jeżeli po raz pierwszy robicie karmel to nie martwcie się, jeżeli zrobią Wam się duże grudy. Mi troche czasu zajęło zanim doszłam do wprawy. Po prostu przetrzyjcie karmel przez sitko, zostawiając tylko ten płynny. Dodać masło i dobrze wymieszać. Zastosować Bretońską legendę numer jeden i dać  mi znać czy to w ogóle możliwe.

Polać hojnie naleśniki karmelem i... 

Rozmarynowe Lato

Rozmarynowe Lato