JESTEŚMY POLSKO - FRANCUSKĄ RODZINĄ, MIESZKAJĄCĄ W PRZEPIĘKNYM PARKU NATURALNYM VEXIN, KILKADZIESIĄT KILOMETRÓW OD PARYŻA. NA NASZYM BLOGU DZIELIMY SIĘ Z WAMI NASZĄ PASJĄ DO KUCHNI FRANCUSKIEJ I DO KRAJU, W KTÓRYM ŻYJEMY.


NOUS SOMMES UNE FAMILLE FRANCO - POLONAISE qui habite dans le magnifique parc naturel du vexin,A quelques kilometres de paris. SUR NOTRE blog nous partageons notre passion pour la cuisine française et pour le pays où nous vivons tous les jours. 


WE ARE A FRENCH - POLISH FAMILY OF FOUR, BASED IN BEAUTIFUL NATURAL PARC OF VEXIN, FEW MILES FROM PARIS. WE MAINLY WRITE ABOUT our passion for FRENCH CUISINE AND THE COUNTRY WE LIVE IN.

Rozmarynowe Lato

Rozmarynowe Lato

   Postanowiliśmy wyruszyć przed świtem. Chłopcy odsypiali, pochrapując cicho, w samochodowych fotelikach. Dzień przywitał nas, kiedy pędzilismy pustą autostradą przez zapierające dech w piersiach winnice Burgundii. Około południa w oknach minęły nam rude krowy i cielęta rasy Charolaise i Blonde d'Aquitaine, rozsiane po płaskowyżach Owernii. Kiedy światło dnia nabrało tego ciepłego, złotego koloru popołudnia, zjechaliśmy na polne drogi i przez ochrowe wzgórza zaczęliśmy zagłębiać się w nieznaną nam krainę regionu Langwedocja. Przez otwarte okna wpadało ciepłe powietrze. Cykady śpiewały powitalną pieśń. Już nie było nam spieszno. Nie mogliśmy nasycić oczu widokiem oliwnych gajów i winnic uginających się pod ciężarem ciężkich fioletowych winogron odmiany carignan i grenache. 

 
 
 
 

   Pod koniec dnia dojechaliśmy do starego domu, schowanego gdzieś w langwedockich wzgórzach, pokrytego oślepiającymi masywami bugenwilii w kolorze głębokiej miedzi i rozowym kwieciem laurowym, otoczonego niesamowicie wysokimi i rozłożystymi drzewami, na których dojrzewały zielone jeszcze figi.

   Przywitała nas Zona Znanego Pisarza. Ubrana była w ten irytujący początkujących wczasowiczów odcień skóry, który wskazywał na to, że przyjechała tutaj już kilka tygodni temu ale, że zaproponowała nam lampkę schłodzonego wina rosé, nie mieliśmy jej tego zbytnio za złe. Usiedliśmy na tarasie, pod żeliwną pergolą, pokrytą białymi różami, w których uwijały się dziesiątki pszczół i bąków. Powietrze wypełnione było jakimś niesamowitym zapachem, którego nie mogłam zidentyfikować. 

   "To rozmaryn. To on tak pachnie" - usłyszałam cichy głos, dochodzący z laurowego krzaka. Oczom naszym ukazał się mały chłopiec, z odrapanymi kolanami i siatką na motyle. Przypominał mi Mogwli-ego z Księgi Dżunglii. Był to Gabriel, jedno z trojga dzieci Znanego Pisarza i jego żony. Był w tym samym wieku co nasz Sacha.  

 
 
 
 

   "Chodź, pójdziemy nad rzekę" - powiedział do naszego syna. I poszli nad rzekę. Była to pierwsza prawdziwa przyjazn Sachy. Nie odstępowali siebie na krok, mieli swoje wzloty i upadki, au revoirs i powroty oraz wspólną pasję do jedzenia lodów i spadania ze schodów. Gabriel stał się nie tylko nieodłącznym  towarzyszem zabaw Sachy ale i moim przewodnikiem po okolicznych ogrodach. Wiedział gdzie rośnie  tymianek, którego potrzebowałam do grilowanych sardynek, pokazał mi miejsce, gdzie lokalni gospodarze spotykają się, żeby  porozmawiać o polityce, o niestosownej sukience wdowy Marion, łowiąc przy tym najsmaczniejsze na świecie pstrągi. 

   Zaraz po przyjeździe wrzuciliśmy nierozpakowane walizki do głębokiej armoire i poszliśmy przywitać się ze Znanym Pisarzem. Droga do domu Znanego Pisarza i jego Żony wiodła przez ogromne krzaki rozmarynu, o których wspominał Gabriel. Kiedy przechodziliśmy obok małego kamiennego basenu, pięć sekund zajęło mi zastanowienie się czy powinnam do niego wskoczyć czy nie. Zielona, lekko mętna woda natychmiast zmyła z mojego ciała deszczowe i pochmurne wspomnienie wiosny, której nie było.

   Po kolejnym kieliszku rosé usiadłam nad brzegiem basenu z zamiarem przeczytania ostatniego numeru magazynu Elle. Po kilku linijkach jego lektura wydała mi się płytka i nie na miejscu. Przypomniałam sobie, że w jednym z pokoi w naszym domu widziałam regały uginające się pod zakurzonymi książkami. Zdążyłam już zapomnieć gdzie zostawiłam swoje espadryle, więc boso udałam się na poszukiwanie nowej lektury. Kamienna podłoga przyjemnie chłodziła moje rozgrzane stopy. Wybrałam "Dzieła zebrane" Beckett-a ale już po pierwszej stronie wydał mi się zbyt deszczowy w tej swojej dublińskiej narracji. Sięgnęłam po Umberto Eco. Wydanie niemieckie. Cóż, wszechświat mówił mi wyraźnie, że to nie jest czas na czytanie.

   Znany Pisarz zaprosił nas na kolację. Z oddali dotarł do mnie śmiech naszego starszego syna. Był gdzieś, w tym buszu, a jednak bardziej bezpieczny niż gdziekolwiek. 

Dom Znanego Pisarza i jego Zony schowany był w tyłach ogrodu. Porośnięty wijącymi się w każdą stronę, gałęziami drzewa kiwi, zdawał się drzemać. Przeszliśmy przez zakurzony salon, wypełniony książkami, Niną Simone i czasem, który zatrzymał się w nim 40 lat temu. Wiele razy chciałam sfotografować ten dom. Każdy jego zakątek, każdą zakurzoną półkę, niepodlaną roślinę w glinianej donicy, szafkę na sery, kandelabr z pokrytymi pajęczynami kryształami, stworzyłyby niesamowity album. Obrazy te zostaną jednak w mojej pamięci i będą ogrzewać mnie w jesienne poranki, kiedy słoneczne dni będą tylko odległymi wspomnieniami.

 
 

   Podczas kolacji, przez chwilę przemknęła mi przed oczami blond czupryna mojego starszego syna. Minęło tylko kilka godzin od naszego przyjazdu a jego włosy już zdążyły zrobić  się jaśniejsze a skóra lekko muśnięta lipcowym słońcem. Młodsze dziecię bawiło się spokojnie na kolanach niemieckiej niani dzieci Znanego Pisarza i jego Żony, podjadając w międzyczasie kawałki surowej cebuli. Mr FLR i Znany Pisarz wdali się w niezwykle zajmującą dyskusję na temat okolicznych winnic. Żona Znanego Pisarza podała mi talerz z sałatką pomidorową. W sumie były to tylko pomidory. Niesamowicie dojrzałe, skropione oliwą z pobliskiego młyna i posypane świeżym rozmarynem z ogrodu. Była to sałatka, która od tego wieczoru towarzyszyła każdemu naszemu posiłkowi, podobnie jak kieliszek rosé. 

   Było już dobrze po północy, kiedy niania delikatnie położyła naszego młodszego syna w łózeczku. Spał już od dawna, ukołysany szumem figowych liści. Sacha, który nagle jakby urósł o rok, przytulił się zmęczony do swojego ojca. Stali tak jeszcze przez chwile a ja z trudem powstrzymywałam płynące mi po rozgrzanych polikach łzy szczęścia.

   Obudziliśmy się w zalanym słońcem pokoju. W świetle dnia zauważyłam, że i ja zdążyłam się odpalić poprzedniego popołudnia. Zeszłam do kuchni, otworzyłam ogromne okna, wpuszczając świeże poranne powietrze, zapach rozmarynu i śpiew wypoczętych cykad. Chciałam zaparzyć czajniczek kawy ale wydała mi się zbyt ciężka na ten lekki poranek. Wyszłam do ogrodu i ścinając gałązki rozmarynu na tisane, zastanawiałam się, czy jest za wcześnie na kieliszek rosé. Na śniadanie zjedliśmy sałatkę pomidorową i arbuza z serem roquefort. Na codzień taki zestaw z rana przyprawiłyby mnie o skurcze żołądka ale w takich okolicznościach przyrody, było to jedyne na co miałam ochotę. 

 
 

   Mr FLR i chłopcy zabrali pasiaste ręczniki i spędzili  cały ranek w basenie. Od tego dnia nasz starszy syn nie był już Sachą ale zmienił się  w Jacques-a Mayol-a i z zapałem rzucał się w Wielki Błękit chłodnej wody.

   Usiadłam na tarasie. Wyciągnęłam komputer, żeby napisać kilka zdań. Ale komputer niezbyt pasował mi do otaczającego mnie świata. Sięgnęłam, więc po zapomniane w czeluściach koszyka pióro Cartier, znalezione wiele lat temu na paryskim bruku, które natychmiast odżyło w mojej ręce, jakby te ostatnie, zardzewiałe lata w ogóle nie istniały. Zaczęłam pisać. Dawno już nie pisałam. Kiedyś o tym opowiem. Przelewałam na papier piękne słowa,piękne  wspomnienia, smaki południa Francji i rodzinnych posiłków. Pragnienie wyrwało mnie z beletrystycznego zapomnienia o otaczającym świecie. W ogrodowej kuchni, zamiast wody, znalazłam dobrze schłodzone rosé. W drodze na basen zerwałam kwiaty jaśminu a moje palce bezwiednie uplotły z nich wianek. Zastanowiłam się po co zbrałam ze sobą suszarkę do włosów, skoro ów wianek, słońce i wiatr to wszystko, czego potrzeba do szczęścia moim włosom. 

   Po połuniu postanowiliśmy udać się do supermarketu, z zamiarem zrobienia wielkich zakupów na całe wakacje. W planach mieliśmy nie przejmować się kuchnią, jeść makaron z serem i czasami kawałek szynki. W drodze do supermarketu zobaczyłam znak "sery lokalnej produkcji". Zatrzymaliśmy się na chwilę. Do rzeczonego marketu nigdy nie dotarliśmy ale wróciliśmy do domu z dwoma koszami, wypełnionymi rubinowymi pomidorami, ogromnymi cukiniami, napęczniałymi slońcem fioletowymi bakłażanami, dwoma litrami oliwy z pobliskiego młyna, soczystymi brzoskwiniami o cudownie aksamitnej czerwono-pomarańczowej skórce, kozimi serami, mąką z ciecierzycy, pięcioma litrami rosé oraz rozmarynowo oliwkowym chlebem na zakwasie.

 
 
 
 

   Spedziłam w kuchni ponad połowę wakacji, odkrywając niesamowitą lokalną cuisine. Już dawno z taką pasją nie gotowałam. A bylo co gotować: placuszki ze słodkiej cebuli z Cevennes w cieście z mąki ciecierzycowej, cudownie uzależniające oliwne ciasteczka z Sète, aromatyczne tourtes z kalamarów, jedwabną zupe Bajana z lokalnych kasztanów, grilowane na gałązkach rozmarynu makrele, delikatne gazpacho z papryk rosnących na grządkach sąsiada.  Moim kulinarnym uniesieniom przyklaskiwał Aiden, który pełnią swojego jedenasto-miesięcznego podniebienia i za pomocą dwóch zębów, próbował panierowanych kalamarów z ostrym sosem rouille, marynowanych karczochów z szafranem, cytrynowo lawendowych lodów i wielu innych potraw, których dziecko w jego wieku na pewno nie powinno spożywać.

   Nasze wakacyjne życie toczyło się wokół posiłków o bliżej nieokreślonych godzinach. Przestaliśmy liczyć kieliszki rosé, małe jaszczurki wygrzewające się na kamiennych schodach skąpanych w słońcu, zwracać uwagę na śpiew cykad. Odkryliśmy łąki porośnięte dziką miętą, oregano i tymiankiem. Czasami szliśmy kąpać się w rzece Orb. Zabieraliśmy ze sobą CharlieTheDog ale on nieustannie pozostawał jedynym na świecie psem, który boi się wody.

   Odwiedzaliśmy lokalne winnice, rosnące na łupkowym podłożu i dające niesamowite czerwone wino Saint Chinion, o cierpkim smaku czerwonych owoców. Udało nam się  posłuchać niesamowitego koncertu fortepianowego Natalii Morozovej w hipisowskiej wiosce Bardou, schowanej głęboko w górach doliny Orb.

 
 
 
 
 
 

   Nie pamiętam w którym momencie, którego dnia ani przy której lampce rosé poczuliśmy się  jak u siebie. Bezwiednie zaczęliśmy spoglądać na ogłoszenia o sprzedaży domów i snuć plany o nowej ziemi, która zapisze się w kartach historii naszej rodziny. Być może, juz za kilka lat, usiądziemy pod rozłożystym figowcem i jedząc pomidorową sałatkę z rozmarynem będziemy grac w statki z naszymi synami. A kiedy ktoś z Was napisze "hej, Ewa, fajnie byłoby Was odwiedzic, wybieramy się do Francji", położymy na wielkim dębowym stole dodatkowe talerze, kupione na lokalnej brocante i czekać będziemy na Was, sącząc kolejny kieliszek schodzonego rosé.

 
 

OLIWNE CIASTECZKA Z WINEM MUSCAT (ZEZETTES DE SÈTE)

40 - 50 sztuk

100 ml najwyższej jakości oliwy z pierwszego tłoczenia (jakość oliwy naprawdę ma znaczenie)

100 ml słodkiego wina Muscat

Ziarna z jednej laski wanilii

100 g brązowego cukru + 3 łyżki stołowe

220 g mąki pszennej

1 łyżeczki sody oczyszczonej

Rozgrzej piekarnik do 180°C. Wymieszaj oliwę, wino, ziarna wanilii i 100 g cukru. Przesiej przez sito mąkę i sodę oczyszczoną. Dodaj do mieszanki oliwy i wina. Ciasto powinno mieć konsystencję miękkiej plasteliny. Jeżeli jest zbyt twarde, dodaj wina, jeżeli zbyt płynne, mąki.

Nabieraj na łyżeczkę ciasto, formując w rękach stożkowate ruloniki (chyba powinnam film na kanale You Tube dodać, żeby Ci to na żywo pokazać. Jakiś program o kuchni francuskiej, może? Tak tylko, rozmyślam ;-)) i posyp je pozostalym cukrem.  Rozłóż na blaszce w odstępie około 2 cm jeden od drugiego. Piecz około 12 - 15 minut na jasnobrązowy kolor.

Ciasteczka świetnie smakują na ciepło, prosto z blaszki albo na zimno, maczane w kieliszku słodkiego wina Muscat. Podobno można je przechowywać kilka tygodni w metalowym, szczelnie zamkniętym pojemniku. Podobno... 

 
 

PLACUSZKI ZE SŁODKIEJ CEBULI Z CEVENNES

10 SZTUK

3 duże słodkie cebule

120 g mąki z ciecierzycy

100 ml wody

Garść świeżego rozmarynu

Szczypta ostrej papryczki

Sól i pieprz do smaku

Oliwa do smażenia

Cebule obierz, przekrój na pół i pokrój w cieniutkie plastry. Dodaj mąkę i wodę, posiekany rozmaryn i przyprawy. Dokładnie wymieszaj, tak, żeby ciasto całkowicie oblepiło wstążki cebuli. Rozgrzej oliwę na głebokiej patelni. Nabieraj po łyżce stołowej cebuli w panierce i smaż z obu stron na złoty kolor. Placuszki najlepiej smakują na ciepło.

 
 
Nawiedzony Dom

Nawiedzony Dom